02.03.2017

Bydgoskie kamienice – II nagroda

Autor: Ryszard Andrzejewski



Druga nagroda w konkursie kamienicznym

Prezentujemy kolejną pracę konkursową – Bydgoskie Kamienice. Tym razem autorem nagrodzonej pracy jest pan Ryszard Andrzejewski.

1

Każdy miał swój fyrtel. Ja też.

Tak się dziwnie składa, że dwa fyrtle, jeden Pani Krystyny R. D. i drugi mój się przenikają, nakładają zarówno geograficznie jak i czasowo. Mieszkaliśmy na tym samym winklu Warmińskiego i Czerwonej Armii. Moje dzieciństwo upłynęło na przedziwnej przestrzeni, której dzisiaj już nie ma. Miało magiczną nazwę „podwórko”. Podwórko było nasze. Każdy obcy był natychmiast zauważany i mógł być zaakceptowany lub potraktowany, jako intruz. Podwórko maiło swoje prawa i zasady. Nikt ich nigdy nie zdefiniował, nikt ich nigdzie nie zapisał, ale istniały i były przestrzegane.
Jedna z nich, to jak coś masz to się podziel.
Przykładem niech będzie fakt kupna „kolorowego” telewizora przez zamożnego sąsiada, który mieszkał na parterze i był krawcem. Oczywiście kolor obrazu to filtr nakładany na ekran. Kolory były stałe, wszystko, co u góry ekranu to zielone, w środku czerwone, na dole niebieskie. W momencie, kiedy zaczynała się Bonanza lub Zorro wszystkie dzieciaki wpadały do krawca, siadały na dywanie i oglądały, co trzeba. Był to odruch naturalny. Krawiec kupił sobie telewizor. Ale on był przecież nasz, podwórkowy, magiczny.
Kiedyś dzieciaki wpadły na pomysł; jedziemy na wycieczkę rowerową do Chmielnik. Ale pojawił się problem. Było więcej chętnych niż rowerów. Każdy wyciągnął z piwnicy jakieś zardzewiałe rupieci i udało się skompletować odpowiednią ilość rowerów. Psuły się po drodze, łańcuchy spadały, ale wróciliśmy z wycieczki w komplecie i szczęśliwi.
Brakuje mi dzisiaj tej magii podwórek. Wychodząc z mojego wieżowca znajduję się na przestrzeni dostępnej dla wszystkich. Jestem anonimowym przechodniem. I nikt nie zaprosi mnie na ,, Bonanzę,, i nikt nie naprawi mi roweru.
Każdy ma swój telewizor, swój rower, ale nie ma czegoś, co myśmy mieli. Nie ma magii podwórka.
W tym tygodniu przechodząc przez Śródmieście mego ukochanego miasta wszedłem na moje podwórko. Było cicho i ponuro. Na podwórku nie było żadnego dzieciaka.
Podwórko było, ale magię diabli wzięli….

2

Każdy miał swój fyrtel. Ja też.

Tak się dziwnie składa, że dwa fyrtel, jeden Pani Krystyny R.D. i drugi mój się przenikają, nakładają zarówna geograficznie jak i czasowo. Mieszkaliśmy na tym samym winklu Warmińskiego i Czerwonej Armii. Moje dzieciństwo w przedziwnej przestrzeni, której dzisiaj nie ma.
Miało to magiczną nazwę „rumel”. Była to nasza nazwa pochodząca prawdopodobnie z języka niemieckiego (coś, co jest karuzelą i robi hałas). Tej wersji nie potwierdzają i słowniki i maja znajomość niemieckiego. Ale nie o to chodzi rumel to był po prostu rumel. Obejmował przestrzeń, na której obecnie stoi Opera Nowa wraz z cały nabrzeżem Brdy.
W pewnym okresie część naszego rumla zmniejszona przy korekcie linii brzegowej Brdy. Przy okazji wycięto piękne, ogromne a co najważniejsze nasze kasztany. Skandal. Jak oni mogli? I to tylko po to, aby rosyjskie ogromne barki motorowe mogły bez problemu przepływać.
Na rumlu ciągle się coś działo.
Jak przyjechało wesołe miasteczko z karuzelami i strzelnicami można było pohuśtać się na łańcuchach dużej karuzeli (nielegalnie) lub napędzać małą (legalnie). Znalezienie bolca (to taka metalowa strzałka z kolorowym pędzelkiem), którym strzelało się do tarczy z wiatrówki, graniczyło z cudem. Każdy, kto miał ich kilka mógł uważać się za klasowego króla.
Jak przyjechał cyrk można było zapracować na bilet przy rozstawianiu namiotu. Jak się nie udało szukaliśmy innych rozwiązań, do których był potrzebny refleks i olimpijska dyscyplina; bieg przez płotki. Cyrk zawsze stał dostatecznie długo, aby wypróbować różne sposoby. W brew pozorom odjazd cyrku to również wyjątkowa atrakcja. Przestrzeń pod namiotem cyrkowym po jego zwinięciu i demontażem siedzisk widowni to istna kopalnia skarbów. Można było znaleźć 10 groszy, zapałki, grzebień lub lusterko z podobizną Bardotki. Nie muszę dodawać, że szczęśliwiec z lusterkiem Bardotki stawał się automatycznie królem polowania.
Jak przyjechała „beczka śmierci” to było coś. Wewnątrz beczki po pionowych ścianach jeździły dwa motory!! Jeździły tak, że ich tory się krzyżowały!! Byłem, widziałem, tym razem miałem legalny bilet. Po latach wyczytałem w Kamiennych Tablicach Żukrowskiego opis podobnej instalacji. Niestety dla bohatera tych dzikich wyczynów, jak wszyscy wiemy źle się to skończyło. Przez całe życie wystrzegał się cukru i to właśnie cukier stał się przyczyną jego śmierci.
Rumla nie ma, Opera Nowa jest.Z uporem maniaka chodzę na Trzy Kolory i nie tylko. Lubię balet,którego poziom moim zdaniem się ciągle poprawia.
Może i dobrze ba Bardotka już mi się opatrzyła a i w lustro spoglądam tylko, kiedy muszę, przy goleniu.

3

Każdy miał swój fyrtel. Ja też.

Tak się dziwnie składa, że dwa fyrtle, jeden Pani Krystyny R.D. i drugi mój się przenikają, nakładają zarówna geograficznie jak i czasowo. Mieszkaliśmy na tym samym winklu Warmińskiego i Czerwonej Armii. Moje dzieciństwo w przedziwnej przestrzeni, której dzisiaj nie ma.
Był to obszar przyległy do naszej pięknej rzeki Brdy. Rzeka dawała nam, dzieciakom mnóstwo frajdy zarówno zimą jak i latem.
Może zacznę od zimy.
Duża przerwa w szkole była na tyle duża, że można była przebiec uliczką Obrońców Bydgoszczy ( wtedy 3 Września) do śluzy przy Marcinkowskiego. Była tam sporej wielkości zatoczka (teraz zasypana i przekształcona na trawnik- zbrodnia –jak oni mogli!). Zimą lodowisko doskonała. Pan Śluzowy widząc, co się wyprawia, w trosce o nasze bezpieczeństwo( a tak naprawdę to tylko po to, aby nam zrobić na złość) wyrąbał siekierą dwumetrowy pas lodu. Naiwny, myślał, że nie potrafimy przeprawiać się na drugą stronę na krach. Już zapewne wtedy zaczęła w mnie kiełkować pasja surfingowa, która trwa do dziś. Przeprawy kończyły się różnie, a moja mama nigdy nie dowiedziała się skąd biorą się kompletnie mokre budy przy całkowicie suchej pogodzie.
Wiosną Brdą spływały kry. Duża frajda iść samym skrajem stromego betonowego nabrzeża i je wyławiać. Szło nam całkiem nieźle z kolegą aż do Karmelickiej. Kolega wychylił się i wpadł do lodowatej wody i jakimś cudem natychmiast wygramolił się na brzeg. Dokładnie w miejscu tej przygody wypływały do rzeki fekalia z ogromnej rury. Pamiętam jak dziś, kolega wyglądał i pachniał jakoś dziwnie.
Lato to całkiem inna bajka. Mój ojciec miał składany kajak firmy PAX. Kajak mieścił się w dwóch specjalnych pokrowcach, które lądowały na specjalnym wózeczku. W niedzielę rano mama, tata ja i oczywiście kajak wędrowaliśmy na dworzec kolejki wąskotorowej na Grunwaldzkiej. Popularna ciuchcia wiozła nas do Smukały Górnej. Była tam knajpa z najlepszą lemoniadą na świecie. Po wypiciu tego nektaru można było w składzie jak wyżej wędrować do Brzegu Brdy. Po mile spędzonej niedzieli rodzinka ładowała się do uprzednio złożonego kajaka i spływała do Bydgoszczy. Cumowaliśmy dokładnie w miejscu, które zimą było dzikim lodowiskiem i po chwili cała wycieczka lądowała na naszym magicznym podwórku.
Piękna nasza rzeka Brda płynie jak za dawnych lat tylko ciuchci trochę żal…

4

Każdy miał swój fyrtel. Ja też.

Tak się dziwnie składa, że dwa fyrtle, jeden Pani Krystyny R.D. i drugi mój się przenikają, nakładają zarówna geograficznie jak i czasowo. Mieszkaliśmy na tym samym winklu Warmińskiego i Czerwonej Armii. Moje dzieciństwo w przedziwnej przestrzeni, której dzisiaj nie ma.
Dzieciarnia z naszego fyrtla chodziła do Szkoły Podstawowej nr 29 mieszczącej się przy ulicy Trzeciego Września (aktualnie Obrońców Bydgoszczy). Wyjątkiem była Marysia o buzi przypominającej ( zarówno kształtem i kolorystyką) indycze jajo, która chodziła do podstawówki muzycznej.
Nasza szkoła mieściła się w dwóch budynkach, po przeciwległych stronach ulicy. Niewątpliwą atrakcją była stołówka na dziedzińcu (mleka lub kawa zbożowa na dużej przerwie) i szalet na tym samym dziedzińcu umiejscowiony pod ziemią. Atrakcyjność szaletu wymaga zapewne kilku słów wyjaśnienia. Otóż do szaletu pod ziemię prowadziły betonowe schody, które ze względów bezpieczeństwa były ogrodzone stalową barierką. Zapewne konstruktor tego rozwiązania nie przewidział, że dał możliwość ekstremalnej gonitwy po wewnętrznej stronie barierki z koniecznością wykonywania skoków nad schodami. Zabawa dostępna była dla tych starszych uczniów, którzy popisywali się swą małpią zręcznością szczególnie wtedy, gdy w pobliżu pojawiały się koleżanki. Głupia zabawa skończyła się z chwilą poważnej kontuzji jednego z nas. Konstruktor zabezpieczył schody uniemożliwiając nam dzikie harce. Ale jak się później okazało nie wszystkim i nie do końca.
Kilka słów o nauczycielach. (Przepraszam wszystkich nauczycieli, że najpierw o szaletach, ale tak jakoś wyszło).
Postrachem szkoły był Ghandi. Tak naprawdę nazywał się Czesław Kabaciński i uczył śpiewu. Na lekcjach nie rozstawał się ze skrzypcami. Prowadził również chór szkolny. Nie mógł zrozumieć, dlaczego miał ksywkę Ghandi, który był chudy i miał kozę a Kabaciński był bardzo otyły i kozy nie posiadał.
Kolejną postacią, która wzbudzała respekt był Faraon. Nazwiska niestety nie pamiętam. Był wysoki, szczupły pełnił funkcję zastępcy dyrektora szkoły i prowadził zajęcia praktyczne (robótki ręczne). W pracowni na ostatnim piętrze w budynku obecnie zajmowanym przez Akademię Muzyczną robiliśmy niezliczone ilości liczydełek, na których do dziś nie wiem, można było cokolwiek policzyć. Budowaliśmy także statek o skomplikowanej konstrukcji. Zadanie nas chyba przerosło. Szkoła się skończyła a budowa statku nie.
Pani Wróż od polskiego wychodziła ze skóry, aby nas nauczyć części mowy i części zdań na wyrywki i pisania wypracowań. To drugie wychodziło chyba lepiej. Cechą charakterystyczną było jej wieczne pióro z zielonym atramentem, którym pięknym charakterem pisma poprawiała nasze błędy.
Nauczyciel matematyki był jednocześnie dyrektorem szkoły. Robił, co mógł, aby nauczyć nas przedmiotu i chyba mu się udawało.
Fizyka była moim ulubionym przedmiotem. Ciekawe zajęcia z bardzo atrakcyjnymi doświadczeniami prowadziła pani Wysocka. Pamiętam doświadczenie z pozyskiwaniem wodoru. Pani przeprowadziła doświadczenie z małą ilością kwasu solnego (HCl) i małą ocynkowaną blaszką i malutką puszeczką po konserwie. Po odpaleniu wodoru huk był spory.
Powtórka tego doświadczenia przeprowadzona przez autora tego tekstu wymagała dużej ilości kwasu, dużej ilości blach ocynkowanych i puszki po ogórkach 5 kg. Doświadczenie się udało. Huk był ogromny. Sąsiadom udało się doprowadzić mnie do stanu przytomności stosunkowo szybko.
Opisywane wydarzenie to okres mojej edukacji w podstawówce(1955-1962). W tym okresie zajęcia z religii w zależności od sytuacji politycznej odbywały się w szkole (zawsze ostatnia lekcja) lub w kościele Piotra i Pawła na Placu Wolności. To drugie rozwiązanie było zdecydowanie lepsze z uwagi na bezpośrednie sąsiedztwo parku z dwoma stawami, których głębokość była niezbadana.