21.02.2017

Bydgoskie kamienice – I nagroda

Autor: Magda Kawałek



Nagrodzona praca

Magda Kawałek, Ryszard Andrzejewski i Krzysztof Golec, to laureaci zorganizowanego przez dewelopera Moderator Inwestycje konkursu „Bydgoskie kamienice –ludzie i zdarzenia”. Autorzy zwycięskich prac, przywołując obrazy osadzone w realiach ulicy Śląskiej, Focha czy Mazowieckiej, zadbali nie tylko o historyczne detale i dokumentalny walor swoich opowiadań, ale także o emocje towarzyszące wspomnieniom. Zgodnie z zasadami konkursu teksty były inspirowane wydarzeniami z życia mieszkańców bydgoskich kamienicy. Dzisiaj publikujemy pierwszą z trzech nagrodzonych prac, autorstwa Pani Magdy Kawałek.

BABCIA

Wysiadła dwa przystanki wcześniej, chciała przejść ulicami których od tak dawna nie widziała. Był początek zimy, z kominów leniwie snuły się kolorowe dymy. Zapachy zawsze przynoszą jakieś wspomnienia i zawsze są ulotne i chwilowe. Z każdym stuknięciem obcasa zagłębiała się w gęste, wysokie kamienice. Pamiętała każdą z nich, zakamarki, podwórka i szopki. Z niedowierzaniem patrzyła na piękne, odnowione elewacje. Nie przystawała jednak i po chwili skręciła w Mazowiecką. Puls przyspieszył, chyba wraz z krokiem. Już za chwilę, tylko przeciąć Wileńską i widać okiennice. Ta kamienica nie zmieniła się nic. Nawet skrobak do butów był na swoim miejscu. Ileż to razy stara Litwicka goniła dzieciaki aby przed wejściem do środka oczyściły buty! A niesforne dzieci uciekały przez sień gubiąc błoto i wbiegały na podwórko by ukryć się pod czarnym bzem. Odetchnęła i nacisnęła klamkę, drzwi puściły lekko i owionął ją zimny mrok. Zobaczyła znajome zielone linoleum i schody prowadzące na piętro. Drewno trzeszczało znajomo. Na półpiętrze stały w oknie doniczki z pelargoniami. Pachniało jak dwadzieścia lat temu. Zobaczyła znajome drzwi, tylko tabliczka się zmieniła. Pod schodami na strych wisiała mała zasłonka. Drżącą ręką odsunęła poły i zobaczyła wiadra z węglem. Nad nimi tkwił gwóźdź, klucza jednak nie było. Chwyciła czarną bryłkę i usiadła na schodach, spojrzała w górę, drzwi na strych ginęły w mroku. Przez chwilę obracała węgiel w dłoni. Czy magia znowu zadziała? Po tylu latach? Ale przecież tu zawsze działała. Nagle usłyszała dzwony z kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa, świat zawirował i znalazła się w kuchni Babci.
-Jesteś w końcu! Ile można cię wołać. Obiad wystygnie, a dziś krupnik.
-Babciu, ale Monika czeka na schodach.
-Zaproś ją, zjecie razem.
Usiadłyśmy przy stole. Zupa parowała z głębokich talerzy.
-No jedzcie, bo wam wystygnie. – ponaglała Babcia
Jadłyśmy z ociąganiem gęstą zupę. Słońce za oknami kusiło, promienie wpadały przez witraż i rozpraszały się na maszynie Singera spływając miękko po plastikowych owocach na stole. Najpiękniejsza gra światła jaką kiedykolwiek widziałam. Gapiłam się na to widowisko i bezwiednie przelewałam kaszę.
-Oj, bo deseru nie będzie. -Babcia wyrwała mnie z zadumy. -Dziś drożdżówka ze śliwkami.
-Pani Stasiu, nie wiem czy mamy jeszcze miejsce na deser – Monika mrugnęła do mnie porozumiewawczo.
Wiedziałyśmy, że póki nie zjemy pół talerza, nie wyjdziemy na dwór. Zjadłyśmy poniżej namalowanych kwiatków i powiedziałyśmy, że więcej nie damy rady.
– A drożdżówka? – zapytała Babcia
– Weźmiemy w rękę!
– To macie dziewczynki.
Ta ciepła, pachnąca śliwkami drożdżówka wylądowała w ogródku. Gołębie rozprawiły się z nią szybko. Poszwendałyśmy się bez celu po ulicy, nikogo nie spotykając. Zimno zaczęło wdzierać się pod płaszcze.
– Wracamy do domu?
– Jasne! Tylko gdzie będziemy się bawić? Mój tata siedzi w gabinecie i ma klientów. Nie możemy mu przeszkadzać. A u ciebie babcia nas zawsze podsłuchuje.
– Chodź, mam pomysł.
Monika nie pytając o więcej biegła za mną. Wpadłyśmy do kamienicy zziajane ledwo łapiąc oddech. Przyłożyłam palec do ust dając znak, że musimy być cicho. Koleżanka czując powagę sytuacji stłumiła w sobie śmiech i gryząc rękawiczkę poszła za mną. Gdy doszłyśmy na palcach do drzwi babci odsunęłam firankę pod schodami i najdelikatniej jak się dało wzięłam klucz. Monika już wiedziała, że idziemy na strych. Jeszcze nigdy nie byłyśmy tam same, ale umawiałyśmy się na tę wyprawę od dawna. Szczerze, to myślałam, że Monia zaprotestuje, ale oczy jej tylko zabłyszczały i wiedziałam, że nie ma odwrotu. Szłyśmy wolno po krętych schodach, nasze sylwetki ginęły w ciemnościach. Trafiłam długim kluczem do zamka, przekręciłam i po chwili drzwi zaskrzypiały zapraszająco. Weszłyśmy pełne obaw co nas może spotkać. Wiadomo, że na strychach mieszkają duchy, upiory i latają krwiożercze nietoperze. Przywitał nas półmrok i wirujące w wąskich snopach światła drobinki kurzu. Pranie lekko powiewało, bo jedno okienko było wybite. Mimo wpadającego świeżego powietrza czuć było zapach starości i świeżo wypranej pościeli. Rozglądałyśmy się zafascynowane i lekko przestraszone. Słychać było bicie naszych serc, które pomału uspakajały się. Żaden nietoperz nie zaatakował naszych włosów, nie przestraszył nas żaden duch. Miejsce wyglądało na ciche i spokojne. Podeszłyśmy do góry gratów, nie było tego dużo. Dotknęłam bordowej małej walizki. Spojrzałyśmy na siebie, Monika skinęła głową zachęcająco. Podniosłam wieko i ujrzałyśmy albumy ze zdjęciami. Otworzyłam pierwszy z góry. Zdjęcie w sepii przedstawiało małą dziewczynkę. Boso siedziała na jakimś ganku, trzymała w rączce spory bukiet polnych kwiatów. Urocze zdjęcie. Chciałam przerzucić stronę, ale koleżanka stukając w fotografię powiedziała z przejęciem
-Przecież to jesteś ty!
-Co ty gadasz? Przecież to niemożliwe, to zdjęcie ma ze sto lat.
-Spójrz na uśmiech, dołeczki w policzkach i nawet grzywka jest identyczna. – nie dawała za wygraną Monika. Faktycznie, gdy się lepiej przyjrzałam, to byłam ja. Tylko jak to możliwe? Zdjęcie było naprawdę bardzo stare. Zaczęłyśmy oglądać resztę zdjęć. Nigdzie się już nie pojawiłam. Byli ułani na koniach, czyjś ślub, wakacje nad morzem, ale nigdzie małej mnie. Oderwałam delikatnie zdjęcie i schowałam do kieszeni. Pobuszowałyśmy jeszcze chwilę na strychu, miałyśmy się już zbierać do wychodzenia gdy nagle sparaliżował nas dźwięk. Zwykłe trzeszczenie podłogi, ale trzeszczała w miejscu gdzie nikogo nie było. Niewidzialne kroki zbliżały się w naszą stronę. W ułamku sekundy byłyśmy przy drzwiach by po chwili zbiegać po schodach. Biegłyśmy tak, aż wypadłyśmy na mróz. Spojrzałyśmy na siebie i zaczęłyśmy się histerycznie śmiać. Po chwili przez furtkę przeszła mama Moniki. Dziewczynka podbiegła się przywitać. Powrót z pracy pani Joli oznaczał godzinę podwieczorku i koniec zabawy. Uścisnęłyśmy się serdeczniej niż zwykle i każda poszła do siebie. U babci czekał już na mnie budyń czekoladowy. Mój ulubiony. Przy piecu stały dwa krzesła nakryte kocem. Oho! Będzie dziś kino
-Siadaj przy piecu, bo za chwilę będzie film z tym śmiesznym Francuzem.
Jak tylko usiadłam z ciepłym budyniem w rzeźbionej salaterce, na czarno-białym niewielkim ekranie pojawił się oczekiwany Louis de Funes. Zrobił pierwszą głupią minę, a babcia już była rozbawiona do łez. Po pół godzinie seansu obie płakałyśmy ze śmiechu. Babcia dodatkowo tupiąc nogami w drewnianą podłogę. Po filmie, jak zawsze wieczorem zagrzała dla mnie wodę i wlała do dużej miski stojącej na środku kuchni. Po myciu dostałam ogromny szorstki ręcznik, który wisiał wcześniej na piecu. Było drapiąco, ale cieplutko. To samo babcia zrobiła z pierzyną, trzymała ją przez chwilę przy rozgrzanych kaflach, aby nakryć swoją wnuczkę ciepłym pierzem.
-Zmów pacierz, ja pójdę do kuchni przeprać twoje ubrania – powiedziała całując mnie w czoło. Pachniała kremem i herbatką rumiankową. Spojrzała łagodnie swoimi bladymi zielonymi oczami i wtedy do mnie dotarło. Patrzyłam w lustro dalekiej przyszłości. Zdjęcie! Ta dziewczynka, to nie ja, to moja babcia. Co więcej, za chwilę wyda się, że byłam dziś na strychu i wydarłam fotografię z albumu. To było najbardziej żarliwe Aniele Boży w moim kilkuletnim życiu. Niestety po chwili babcia weszła do pokoju trzymając zdjęcie w dłoni. Usiadła na łóżku i wycierała ukradkiem łzy.
-Babciu przepraszam, nie chciałam…
-Ciii… Wiesz kiedy zrobiono to zdjęcie? To było lato, po zakończeniu I Wojny Światowej, pierwsze takie spokojne sianokosy. Miałam jeszcze siłę po pracy w polu żeby zebrać trochę chabrów, maków i stokrotek. Śpij kochana, śpij. Niech ci się przyśni ciepły wakacyjny dzień. – Babcia wstała i poszła do sypialni, zamykając za sobą duże, ciężkie drzwi. Zegar właśnie wybił dwudziestą pierwszą godzinę i usłyszałam nad sobą skrzypiące dechy strychu. Na szczęście byłam zbyt zmęczona aby się na nowo przestraszyć. Odchodząc w sen zadziwiłam się tylko dlaczego babcia miała dłonie ubrudzone węglem skoro robiła wcześniej pranie…

Ocknęła się przytulona do balustrady schodów. Mokre policzki paliły niemiłosiernie. Mimo lekkiego mrozu było jej bardzo gorąco. Brudnymi palcami rozpięła guziki płaszcza i wstała na miękkich nogach. Jeszcze raz odchyliła firankę aby odłożyć węgiel. Na przeciw dawnych drzwi do mieszkania babci wisiał mały landszaft. Łąka tak kolorowa od kwiecia, że mogło się zakręcić w głowie. Zeszła powoli po schodach i wyszła na ulicę. Nie było bruku i nierównego chodnika, tylko chabry, maki i stokrotki.,